Przypominam sobie swoją ostatnią wizytę w Zakopanem. Pojechałem z synem i mamą na Nowy Cmentarz w Zakopanem, aby zobaczyć jak wygląda odnowiony nagrobek Józefa Oppencheima. Człowiek ten był wieloletnim przewodniczącym TOPR-u, a jednak nie doczekał się jakiegokolwiek symbolu, pomnika. Na nagrobku leżały zalaminowane kartki, ze słowami uznania i podziękowania, zostawione przez członków klubów wysokogórskich. Potem, chyłkiem, uciekliśmy z Zakopanego.
Swoją przygodę z Tatrami rozpocząłem jako nastoletni chłopak. Byłem członkiem klubu speleologicznego. Tatry, szczególnie Tatry Zachodnie, znałem prawie jak własną kieszeń (wiedziałem gdzie na mapach wojskowych są wprowadzane mylące informacje). Tysiące godzin spędziłem w Tatrach podczas wyjazdów klubowych. Dużo tego czasu w nocy, aby uniknąć spotkania ze strażnikami parku. W tamtych czasach prawie niemożliwe było zdobycie od Tatrzańskiego Parku Narodowego pozwolenia na wejście do jaskini. Nie tylko chodziłem po jaskiniach, wspinałem się także w Tatrach Zachodnich i Wysokich oraz uprawiałem narciarstwo ekstremalne. Teraz przewodnik Oppencheima łatwo jest nabyć. Wtedy był do wglądu w dużych bibliotekach. Nie wszystkie „wyrypy” tam opisane udało mi się powtórzyć w całości, gdyż niektóre trasy, w dolnych partiach, zbyt gęsto zarosły drzewami.
W tamtym czasie moja siostra napisała taki wiersz:
„Śmig, śmig,
między choiny ślad,
mój brat.”
Potem byłem świadkiem wysadzenia małego i kultowego schroniska „Pitońka” na Polanie Pisanej w Dolinie Kościeliskiej (można było tam zjeść pyszne naleśniki). TPN, a tak naprawdę ówczesny jego dyrektor Niedzielski, wydał takie pozwolenie na potrzeby nakręcenia ostatniej sceny filmu „Trójkąt Bermudzki”. Pamiętam jak drzwi z tego schroniska były „ekranem” podczas pieczenia barana zorganizowanego dla „dewizowych” turystów (było to na terenie bazy Polskiego Związku Alpinizmu na Polanie Rogoźniczańskiej).

Schronisko na Polanie Pisanej
W tamtym czasie zarząd Tatrzańskiego Parku Narodowego pozwolił również, ekipie realizatorów węgierskiego filmu, na spalenie żywcem owiec w stodole( na potrzeby filmu ”Tutajosok” pani reżyser Judit Elek posmarowała 14 owiec substancją łatwopalną i filmowała ich spalanie).
Jednak nie o tym jest ten artykuł.
Minęło wiele lat. Ulica Krupówki teraz jest taka jaka była kiedyś – zatłoczona, kiedyś dla snobów, a teraz dla narodu. Jednak w górach nie było tak tłoczno. Zanim byłem odwiedzić Oppencheima pojechałem z rodziną do Doliny Kościeliskiej, aby pokazać jaka jest piękna, jakie piękne są Tatry. Na miejscu kompletne rozczarowanie – nie można zaparkować. Przy wejściu do doliny trzeba uiścić opłatę, w obecnych czasach jest to zrozumiałe, ale aby to zrobić należy stać w kolejce. Próbuję, z kwaśną miną, wytłumaczyć wszystkim, że to nie tak było. Potem mam wrażenie, że bierzemy udział w „exodusie” narodu do miejsca kultu – tłumy. Nie ma gdzie przysiąść, odpocząć (córa ma trzy latka). Okazuje się, że w Dolinie Kościeliskiej, tam gdzie była wspomniana „Pitońka”, zlikwidowano szereg wiat, pod którymi można było odpocząć (speleolodzy często w górze zadaszenia tych wiat chowali sprzęt do gotowania i niewykorzystane puszki z jedzeniem, w celu uniknięcia wielokrotnego transportowania tych rzeczy). Nie ma także ławek, koszy na śmieci i ubikacji, w których godnie można „załatwić” tak podstawowe potrzeby (a wszędzie tabliczki z informacją, że nie można zejść ze ścieżki bo to park NARODOWY). Wszędzie płatne bramki do pięknych widoków bez gwarancji normalności. Obecnie zdecydowana większość akcji ratunkowych TOPR-u nie jest związana z ratowaniem taterników. Akcje ratownicze TOPR-u są ratunkiem dla ludzi wycieńczonych wędrówką w słońcu, po „walnych”, płaskich dolinach, bez możliwości odpoczynku.
Dnia następnego chcemy wjechać na Kasprowy Wierch. Tam potężna kolejka – stanie na cztery godziny. Zdrowy człowiek piechotą dojdzie w trzy. Potem Morskie Oko – trzeba stać w wielokilometrowej kolejce do parkingu??? W sierpniu 2009 słyszę w radio, że na Giewont w ciągu godziny wchodzi tysiąc osób. Idą jak na skazanie, tak zapatrzeni w plecy lub plecak poprzednika, że od razu schodzą, nie wiedząc, że byli na szczycie.
To nie miał być sentymentalny artykuł. Jednak takim się stał. Może kiedyś, w deszczowy, ponury, jesienny lub wiosenny dzień pojadę zobaczyć Polskie Tatry. Może.
